GanjaFarmer
GanjaFarmer
Ganja Farmer
GanjaFarmer

Marc Emery to kanadyjski aktywista, weteran walk o legalizację marihuany. 28 razy za swą działalność na rzecz zioła wylądował w więzieniu i – jak sam powiedział we Wrocławiu – jest gotów po raz kolejny iść do puszki, jeśli tego będzie wymagać sprawa. Ten człowiek wie co to poświęcenie i – co jeszcze ważniejsze – wie jak prowadzić skuteczną walkę o prawo do palenia – jego udział w tym, co się obecnie dokonuje w USA i w Kanadzie jest niemały. Emery to zarazem przedsiębiorca, który wokół konopi stworzył potężną firmę po to, by mieć fundusze na działalność aktywisty. W rozmowie z nami opowiada o tym jak zapoczątkował i rozkręcił marihuanowy biznes w Kanadzie, a także o swej najdłuższej odsiadce w więzieniu i o obywatelskim nieposłuszeństwie.

P1050824

Dlaczego połączyłeś działalność aktywisty z prowadzeniem biznesu wokół gandzi?

Growshop Growbox
Growshop Growbox
Growshop Growbox
Growshop Growbox

Kiedy zaczynałem swoją działalność sprzedawanie bong, czasopism o marihuanie czy nasion było nielegalne. Nie było żadnych sklepów mających tego typu rzeczy. Nie było żadnej politycznej siły walczącej o marihuanę. Zastanawiałem się jak te wszystkie elementy mogę połączyć w jedną filozofię. Doszedłem do wniosku, że pierwszą rzeczą, której potrzebujemy jest rozkręcenie biznesu wokół marihuany – sklepów, gdzie ludzie mogliby kupować produkty z nią związane. W oparciu o te sklepy ludzie się będą spotykać, organizować i będą krążyły idee, a zarobione na działalności gospodarczej pieniądze będzie można przeznaczyć na działalność aktywistyczną. Następnym krokiem powinno być wytworzenie naszych własnych mediów, dlatego założyłem magazyn „Cannabis Culture”. Inni ludzie naśladowali to co robiłem. Stworzyliśmy w ten sposób infrastrukturę dla naszej działalności.

Następnym posunięciem było zwiększenie ilości marihuany znajdującej się w obiegu. Sprzedałem 3 miliony nasion w ciągu 10-ciu lat. Zarobione pieniądze przeznaczałem na aktywność polityczną.

Kiedy zostałem aresztowany ze strony amerykańskich władz usłyszałem „Jesteś odpowiedzialny za znalezienie się w obiegu kilku tuzinów ton marihuany”. Chwaliłem się wtedy w mediach: „Chcę być osobą, która w pojedynkę będzie w stanie przekreślić wszystkie szkody wyrządzone przez DEA w jej walce z konopiami” (to oświadczenie przysporzyło mi potem kłopotów gdy mnie aresztowano). DEA posiada 5 000 agentów, niszczą oni gandzię, utylizują ją, „Chcę więc produkować, wprowadzać w obieg więcej marihuany niż tych 5 000 ludzi niszczy”.

Przeliczyłem to i okazało się, że jesteśmy efektywni. Sprzedawaliśmy nasiona konopi na taką skalę i w takim tempie, że ludzie byli z nich w stanie wyhodować więcej marihuany niż rząd USA był stanie zniszczyć. Poinformowałem o tym społeczeństwo w wykupionych przeze mnie reklamach i mówię o tym zawsze w wywiadach. Z czasem dla służb stało się to szalenie irytujące, bo de facto pokazałem, że jedna osoba, które jest odpowiednio zdeterminowana może przekreślić cały wysiłek podejmowany przez DEA.

Kiedy w końcu zostałem aresztowany przez DEA powiedzieli mi, że tego typu rzucane przeze mnie uwagi bardzo mocno ich wkurzyły. W pewnym sensie byłem bardzo zaskoczony tym, że amerykański rząd postanowił się ubiegać u władz Kanady o moje aresztowanie i moją ekstradycję – myślałem, że zostanę oskarżony przez kanadyjski rząd, a wiedziałem, że sędziowie w Kanadzie nie wyślą mnie do więzienia, że zakończy się grzywną. Byłem więc mocno zaskoczony, kiedy zostałem zaaresztowany 21 lipca 2005 r. w miejscu gdzie wygłaszałem przemówienie. Kiedy wręczano mi nakaz aresztowania zobaczyłem, że pisze na nim „Poszukiwany przez Stany Zjednoczone” i pomyślałem, że sytuacja wygląda naprawdę niedobrze. Na nakazie pisało: „Marc Emery, znany również jako Książę Baki [w oryginale: Prince of Pot – dop. red.]” (śmiech). Naprawdę tak było napisane na nakazie – zazwyczaj kiedy wydają za tobą nakaz aresztowania wypisują na nim też wszystkie twoje przydomki (śmiech). Zaimponowało mi to, ale jednocześnie wiedziałem , że czekają mnie bardzo poważne problemy, byłem przyzwyczajony do aresztowań przez kanadyjski rząd – robili to wielokrotnie.

Ale być aresztowanym przez USA to co innego. Na początku zażądali dla mnie wyroku 28-40 lat więzienia. Pomyślałem „O cholera…”. Mówię ludziom, że powinni umieć być męczennikami za sprawę, ale iść do więzienia na aż tak długo to co innego. Ostatecznie powiedzieli „10 lat”, po czym jeszcze złożyli koniec końców lepszą propozycję „5 lat dla ciebie i wolność dla twoich współpracowników”. Mój adwokat doradzał mi by zgodzić się na ten układ i na niego przystałem. Jakkolwiek tak naprawdę liczyłem na to, że mój rząd nie zdecyduje się na moją ekstradycję do USA, ale tak się nie stało.

Jak wspominasz tę odsiadkę?

Zadziwiające jest to jak to 5 lat w więzieniu szybko mi upłynęło. Ale też byłem bardzo zajęty podczas mojej odsiadki. Stałem się gitarzystą i spędzałem naprawdę dobrze czas, bo byłem otoczony przez genialnych muzyków. Nauczyli mnie gry na basowej gitarze i przyjęli do swojego zespołu.

Poza tym czytałem książkę co 10 dni, subskrybowałem 25 czasopism. Czytałem codziennie”New York Timesa”. Miałem także mnóstwo korespondencji listownej. Codziennie pisałem 1 list (podczas 5 lat pobytu w więzieniu dostałem 7 500 listów). Poza tym Missisipi ma dobry klimat, ze wspaniałą pogodą, choć jest bardzo gorąco.

Najgorsze jest, gdy cię zamykają w izolatce. Przytrafiło mi się to 2 razy.

FREE-MARC-LOGO-Twitter

Za co zostałeś tam zamknięty?

Właściwie to przez popełnione błędy. Jednego razu powiedziałem, że chcę by urządzano więcej demonstracji. Ludzie wzięli mnie dosłownie, przyjechali pod więzienie i urządzili pod nim demonstrację, wznosząc okrzyki „Uwolnić Marca Emeriego!”. To był poważny błąd: od razu wysłano mnie do izolatki, a im kazano się wynosić.

Spędziłem w izolatce 3 tygodnie. Powiedziano mi, że nie mogę już ludziom sugerować by urządzali demonstracje.

Czy mogli ci w świetle prawa coś takiego nakazać i ukarać cię tak jak to zrobili?

Tak, wszystko co zagraża bezpieczeństwu więzienia może być powodem wsadzenia cię do izolatki i nałożenia na ciebie takich restrykcji, jakie tylko władze zechcą.

A za co trafiłeś do izolatki po raz drugi?

Drugi wypadek był bardziej dziwny: zapytałem władz więzienia czy nasz zespół muzyczny może sobie zrobić zdjęcia. I naczelnik więzienia się zgodził. Dostałem więc odpowiednie zgody – od straży, od departamentu muzyki, departamentu fotografii, naczelnika rekreacji… – uzbierałem wszystkie pozwolenia jakie były potrzebne. W końcu udało nam się zrobić zdjęcia, ale nie mogliśmy ich zatrzymać w więzieniu, wysłaliśmy je więc do naszych rodzin. Wysłałem swoje swojej żonie, a ta wrzuciła je do sieci. Zauważyła je jakaś gazeta: „Hej, patrzcie. To Marc Emery grający w więziennym zespole. Opublikujmy to!”. Ktoś zobaczył tę gazetę w Waszyngtonie i skontaktował się z więzieniem chcąc się dowiedzieć, jak udało mi się zrobić to zdjęcie.

Osoba która pozwoliła nam na zrobienie tych zdjęć odpowiedziała Waszyngtonowi „Nie wiem”, bo bała się, że będzie miała z tego powodu kłopoty. Kazano mnie natychmiast wsadzić do izolatki i sprawdzić czy nie mam gdzieś w celi przemyconego telefonu, którym zapewne zrobiłem te zdjęcia. Osoba, która przesłuchiwała mnie potem w izolatce pytała mnie w jaki sposób udało mi się zrobić te fotki. Odpowiedziałem mu „Jest pan szefem departamentu, dobrze pan wie jak udało mi się zrobić te zdjęcia – sam pan podpisał mi na nie zgodę, tak jak wszyscy inni, których zgody potrzebowałem”. Odpowiedział mi na to: „OK, sprawdzimy ten trop”. Powiedziałem mu: „Może pan to sprawdzić w 5 minut, a mnie stąd wypuścić”. Usłyszałem na to: „To tak nie będzie wyglądało: nasze śledztwa trwają tygodnie, a nawet miesiące”. W końcu na skutek interwencji jednego z naczelników, który stwierdził, że sytuacja jest absurdalna po ośmiu dniach zostałem wypuszczony. W więzieniu nikt cię nie przeprasza za tego typu pomyłki.

Rollmops Kalendaraz