GanjaFarmer
GanjaFarmer
Ganja Farmer
GanjaFarmer

Marihuana jako sakrament. Kościół bez Boga, ale za to z radosnymi śpiewami i cotygodniowym programem satyrycznych występów stand-upowych. Kapłan tytułujący siebie „Wielkim Poobah” i wyglądający jak Mick Jagger wracający z detoksu. Witajcie w Pierwszym Kościele Konopnym w amerykańskim Indianapolis. Rozgośćcie się i zapalcie święte zioło.

Mocowanie się z prawem

Chwileczkę… Z tym zapaleniem jointa musicie się jednak wstrzymać. Wyznawcy nowej, nieco szalonej religii tylko teoretycznie używają Mary Jane jako sakramentu. W praktyce musi im wystarczać możliwość spotkania się przy „kościelnej”, wesołej muzyce i wspomniani komicy. Ale cofnijmy się do początków uformowania się Kościoła Konopnego.

Growshop Growbox
Growshop Growbox
Growshop Growbox
Growshop Growbox

Czyli nie tak daleko, bo do 2015 r. Wtedy to w amerykańskim stanie Indianapolis zmieniło się prawo dotyczące wolności religijnej. W części nas interesującej stanowi ono, że w ramach praktykowania swego kultu obywatele mogą robić rzeczy, które normalnie są przez prawo zabronione. Postanowił to wykorzystać niejaki Bill Levin, ekscentryczny przedsiębiorca o dość charyzmatycznej osobowości.

Jako, że w Indianapolis nie można legalnie palić trawy (co jest już możliwe w kilku innych amerykańskich stanach, m. in. w Colorado) postanowił powołać do życia nową religię, w ramach której można by było ceremonialnie jarać najwspanialszą na świecie roślinę. Tak powstał Kościół Konopny. O tym, że pomysł naszego bohatera nie był głupi niech świadczy fakt, że cała obecna batalia w USA o prawo do wolności religijnej rozpoczęła się w latach 90. od sprawy grupy Indian, którzy walczyli o prawo do odurzania się Peyotlem w ramach swojej własnej, kilkusetletniej już tradycji.

Szalony człowiek-orkiestra

Levin sam też był odpowiednią osobą do podjęcia się tego wariackiego przedsięwzięcia. W przeszłości był już menadżerem kilku zespołów punkowych, podejmował się różnych biznesowych przedsięwzięć (nierzadko kończąc bankructwem), objechał kawał globu i próbował swoich sił w polityce (bez większych sukcesów). Teraz w związku z Kościołem Konopnym największe amerykańskie tytuły, takie jak „NY Times”, „USA Today”, czy „Huffington Post” piszą o nim, jako o kontrkulturowej ikonie na amerykańskiej prowincji.

Levin jako najwyższy (i zresztą jedyny…) kapłan nowej religii nazywa siebie „Wielkim Poobah”. Jest to mocno prześmiewczy tytuł, wywodzący się z Indii i oznaczający kogoś o wielkiej władzy. Sam Kościół Konopny kościołem jest tylko z nazwy. Należy do niego ok. 1000 osób. Trochę to sekta, trochę to zjawisko na poziomie wyznawców Latającego Potwora Spaghetti. Pod formułkami mającymi stowarzyszeniu nadać pozory organizacji religijnej nietrudno jest dopatrzyć się grupy ludzi, którzy chcą móc po prostu bezstresowo jarać i miło spędzać czas w szerszym towarzystwie.

Show bez głównego bohatera

Tyle, że – jak już wspomniałem – oni wcale nie jarają zioła, władze im na to nie pozwoliły. Kościół Konopny swoje podwoje otworzył 1 lipca 2015 r. Odbyła się „msza” przypominająca w stylu nabożeństwa Afroamerykanów znane z hollywoodzkich produkcji. Śpiewano, tańczono, wymachiwano rękami do rytmu gospelowych pieśni, a pomiędzy tym parę osób wygłaszało przemówienia zachwalające rekreacyjne i lecznicze właściwości marihuany (nagranie z tego można zobaczyć tutaj). Całość filmowało mnóstwo zwabionych hecą mediów, a na zewnątrz czekała cała chmara funkcjonariuszy policji, gotowych zgarnąć każdego kto odważyłby się zapalić jointa.

I tak mniej więcej wygląda to do dzisiaj, tyle, że nie ma już mediów i policjantów trochę ubyło. W międzyczasie Levin zdążył pozwać władze, które członkom jego religii nie pozwoliły na palenie marihuany, przed sądem. W jego mniemaniu nie pozwalają mu one na korzystaniu z ustawy o wolności religijnej. O ile batalię wygra gandzia w Kościele Konopnym przestanie być tylko teoretycznym sakramentem. Aby do tego jednak doszło Levin musi przekonać sąd, że jego religię można traktować poważnie – a to, jak się domyślacie, może być trudne.

„Nie zabijaj” jest już przestarzałe

Na pewno nie pomoże mu w tym zbiór przykazań Pierwszego Kościoła Konopnego, który jest w założeniu bardzo luźnym odpowiednikiem dekalogu:

  1. Nie bądź dupkiem. Traktuj wszystkich z miłością, jako równych sobie.
  2. Każdego dnia zaczynaj dzień z uśmiechem.
  3. Pomóż innym, kiedy tylko możesz. Nie dla pieniędzy, ale dlatego, że jest to potrzebne.
  4. Traktuj swoje ciało jak świątynię. Nie zatruwaj go jedzeniem złej jakości i gazowanymi napojami.
  5. Nie wykorzystuj ludzi. Nie rań nikogo celowo.
  6. Nigdy nie zaczynaj walki… tylko je kończ.
  7. Uprawiaj rośliny, hoduj zwierzęta. Niech natura stanie się częścią twojej codziennej rutyny.
  8. Nie bądź “trollem” w internecie, szanuj innych, nie używaj wyzwisk i nie bądź wulgarnie agresywny.
  9. Spędź co najmniej 10 minut dziennie w cichej przestrzeni kontemplując życie.
  10. Chroń tych, którzy nie mogą sami się bronić.
  11. Śmiej się często i dziel się humorem. Ciesz się życiem i bądź pozytywny.
  12. Marihuana, “uzdrawiająca roślina” jest naszym sakramentem. Zbliża nas do siebie i innych. Jest źródłem naszego zdrowia, naszą miłością, leczącą nas z chorób i depresji. Przyjmujemy ją całym naszym sercem i całą naszą duszą, indywidualnie, jak i grupowo.

 

Jak widać przykazania nowej religii trudno jest nie traktować z przymrużeniem oka. Poważne zalecenia mieszają się tutaj z radami godnymi gazetki typu „Bravo Girl”. Nazwa tego zbioru „The Deity Dozen”, czyli „Dwunastka [przykazań] bóstwa”, budzi skojarzenia z „Parszywą dwunastką” – „The Dirty Dozen”. Wymowa jest bardzo podobna. Wydaje się to zamierzone. W kalendarzu świąt obok daty powołania kultu i rocznicy otwarcia Kościoła jest też wpisany 1 kwietnia, jako dzień, w którym należy płatać innym żarty, czy 11 listopada, który jest świętem ku czci jakiegoś komika o imieniu Otto.

Wiara kosztuje

Ci którzy chcą, mogą w Kościele Konopnym wziąć ślub. Uroczystość będzie kosztowała ich jedyne 50 $ (raczej nie zostałaby uznana przez władze, skoro te mają wątpliwości czy stowarzyszenie założone przez Levina jest organizacją religijną). Dołączenie do wspólnoty wyznawców też się wiąże z koniecznością poniesienia niemałych opłat. Roczne członkostwo kosztuje 50,40 $, dwuletnie 100,80 $, dożywotnie 1 420 $. Jak się można dowiedzieć uzbierane w ten sposób pieniądze mają zostać przeznaczone na budowę świątyni z prawdziwego zdarzenia (lub zakup i odremontowanie tego typu obiektu).

W Kościele Konopnym niczego nie bierze się do końca na poważnie. Trudno więc uwierzyć w to, że sąd uzna organizację Levina za nową religię. Zdanie to podzielają eksperci prawni wypowiadający się w amerykańskich mediach. Po co więc ta cała awantura? Po co w ogóle Kościół Konopny, w którym nie wolno jarać trawy? Na to pytane jest w stanie odpowiedzieć jedynie sam Levin.

Ideowiec czy showman?

Być może naprawdę chodziło mu o bunt i stworzenie na amerykańskiej prowincji (Indianapolis bardzo daleko do wielkomiejskiego Nowego Jorku, czy San Francisco) kontrkulturowej przestrzeni, w której ludzie mogliby się poczuć wolni. Być może jednak chodziło mu raczej o dobrą zabawę i sławę – z osoby praktycznie nieznanej w kilka miesięcy stał się ikoną, kimś o kim się mówi i pisze na całym świecie. A co z legalnym paleniem marihuany w takim razie? O nią w Indianapolis – tak na serio – powalczą już pewnie inni ludzie.

Rafał Chmielnicki

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here